|
Kiedy piszę te słowa, w mediach odbywa się dyskusja nad nowym modelem egzaminów kończących etapy edukacyjne: po szóstej klasie, po gimnazjum, po szkole średniej. Przyszły kształt tych ważnych wydarzeń w życiu ucznia, rodzica i nauczyciela jest niewątpliwie interesujący. Jednakże nie mogę się pozbyć podejrzenia, że oświata niekoniecznie jest tam, gdzie chcieliśmy, żeby była. Niby uczucie znane każdemu: że nie jest tam, gdzie chciał być. Ale kiedy to uczucie dzielą ze mną całe rzesze nauczycieli, rodziców i uczniów, może czas żeby coś o tym napisać. Nie chodzi tu bynajmniej o kolejną reformę oświaty, zmianę programów nauczania, lektur albo podręczników – zjawiska, które dają się we znaki wszystkim „uczestnikom i użytkownikom oświaty”. Chodzi raczej o pewną koncepcję myślenia o świecie i o człowieku. Tak, jak się rzeczy mają, niedługo wszyscy będziemy fachowcami od … zdawania egzaminów z języka polskiego, angielskiego czy matematyki. Natomiast ani nauczyciele, ani rodzice nie będą wiedzieli, co zrobić, żeby uczniowie umieli przeczytać i zanalizować lekturę, kupić bilet na samolot za granicą, albo wyliczyć podatek. Dość już ekspertów od zdawania egzaminów. Może warto przypomnieć sobie sylwetkę „ekspertki od życia”, które zdała na piątkę i innym również umożliwiła to samo. Mowa o Marii Grzegorzewskiej, patronce Dolnośląskiego Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego Niewidomych we Wrocławiu.
Niezwykła patronka wrocławskiej szkoły dla niewidomych
Maria Grzegorzewska, jako młoda dziewczyna z dworku, początkowo wykazywała zainteresowanie naukami przyrodniczymi, które na przełomie wieku XIX i XX rzeczywiście przeżywały swój rozkwit. Nie była bogatą studentką, stołowała się w garkuchniach, pracowała przez cały okres studiów. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy młodej studentki, chorej na płuca, gdyby nie znajomość z profesor Józefą Joteyko, założycielką Instytutu Pedologicznego (czyli poświęconego nauce o dziecku) w Brukseli. Joteyko, profesor fizjologii i psychologii, umożliwiła Grzegorzewskiej wyjazd za granicę i wprowadziła ją w świat uczonych. Zainspirowała ją również do wielu tematów, które staną się obecne w humanistycznej myśli Grzegorzewskiej przez długie lata, jak na przykład idea zbudowania instytutu nauk o człowieku. Jedna mądra kobieta pomogła drugiej, młodej, zdolnej i spragnionej wiedzy. Grzegorzewska wyjechała razem z Joteyko do Paryża i przebywała tam podczas pierwszej wojny światowej, studiując na Sorbonie. Zajmowały ją wtedy estetyka, piękno i sztuka. W programie studiów była jednak wizyta w szpitalu dla umysłowo upośledzonych Bicetre. I to właśnie wtedy zdarzyło się coś, co można porównać chyba ze zdarzeniem w Damaszku, kiedy to świętemu Piotrowi spadły łuski z oczu pod wpływem napomnienia Chrystusa. Widok tych nieszczęśliwych ludzi tak wstrząsnął młodą jeszcze kobietą, że od tej chwili postanowiła zmienić kierunek swojej drogi życiowej i zająć się najpierw upośledzonymi umysłowo, a potem wszystkimi potrzebującymi pomocy: niewidomymi, głuchymi, chorymi przewlekle, upośledzonymi i „zagrożonymi moralnie” (tak wówczas określano osoby poddawane dzisiaj resocjalizacji). Późniejsza praca Grzegorzewskiej, powołanie przede wszystkim Państwowego Instytutu Pedagogiki Specjalnej w Warszawie (po powrocie do kraju w 1919 roku), stworzenie periodyku „Szkoła Specjalna” oraz szeroka działalność popularyzatorska, konferencje i odczyty, którą można zupełnie spokojnie nazwać misją, są konsekwencjami tego bezkompromisowego wyboru. Bezkompromisowość w kontaktach z władzami, które, podobnie jak dzisiaj, ignorują stan szkolnictwa, doprowadzi ją do utraty funkcji dyrektorki instytutu, który sama stworzyła, który był pierwszym nowoczesnym miejscem zajmującym się problemami ludzi wyrzuconych poza nawias głównego nurtu szkolnictwa i który wśród swoich współpracowników miał samego Janusza Korczaka. Nie przeszkadza to Grzegorzewskiej organizować zjazdy nauczycieli, absolwentów, kursy letnie dla dzieci i powoływać nowe czasopisma pedagogiczne i psychologiczne. Jak łatwo się domyślić, podczas drugiej wojny światowej nie zmienia się nastawienie nauczycielki do życia. Robi to, co robiła zawsze: kształci nauczycieli, pracuje z dziećmi upośledzonymi w szkole specjalnej, weryfikuje kandydatów do pracy konspiracyjnej, przysyłanych do niej przez Komendę Główną AK, pomaga prześladowanym Żydom. Jest tam, gdzie potrzeba pomocy. Po wojnie wcale nie jest łatwiej. Trzeba zapewniać nowe władze, że pedagogika specjalna, proponowana przez Grzegorzewską, wcale nie jest nauką „burżuazyjną”, ale jest potrzebna nowemu, socjalistycznemu państwu.
W czym leży niezwykłość Marii Grzegorzewskiej?
Jak wielu pedagogów specjalnych, Grzegorzewska nie wybrała swojego powołania, można powiedzieć, że to ono wybrało ją. Poświęciła się mu z siłą, która pozwalała jej wykonywać pracę wielokrotnie przekraczającą siły pojedynczego człowieka. Praca była jedyną jej pasją – nie założyła rodziny, nie udzielała się na polach innych niż pedagogika specjalna. Była autorką fundamentalnego dzieła Psychologia niewidomych. Kiedy zaczynała pracę jako pedagog specjalny, a było to przed wojną, polskie władze oświatowe przewidywały dla nauczycieli osób niepełnosprawnych i „zagrożonych moralnie” kurs… dziesięciodniowy. Kiedy Grzegorzewska przechodziła na emeryturę, stała na czele nowoczesnego instytutu badawczego, który gromadził światłych wykładowców, miał silne związki z ośrodkami dla niepełnosprawnych w całym kraju (podtrzymywane przez starannie przemyślaną sieć praktyk) i najkrótszy kurs dla nauczycieli trwał… dwa lata. Grzegorzewska miała silne przekonanie, że nauczyciel człowieka niepełnosprawnego nie powinien być słabiej wykształcony niż nauczyciel człowieka pełnosprawnego – a nawet, że powinien być wykształcony lepiej. Stworzyła ponadto „metodę ośrodków zainteresowań”, dziś nazywaną „metodą Marii Grzegorzewskiej” z powodzeniem stosowaną w nauczaniu osób niepełnosprawnych intelektualnie (mało rzeczy tak sensownych, jak ta broszurka, zdarzyło mi się czytać w mojej pracy). Ambicją niniejszego tekstu nie była chęć nakreślenia choćby skromnego portretu wielkiej uczonej. Raczej była nią chęć pokazania, jak kształtowanie charakterów ludzkich na takiej skromnej bazie, jak przyzwoitość, patriotyzm (niemodne dziś słowo) i służba dobru powszechnemu może przynieść tak wyśmienite rezultaty. „Czucie i wiara silniej mówi do mnie / niż mędrca szkiełko i oko”. Maria Grzegorzewska najpewniej powiedziałaby, że nawet nie czucie i wiara. Tylko dobroć.
Komentarze użytkowników (0)
|
|
|