|
W rozmowie z Piotrem Borkowskim trudne pytania zadaje Anna Morawiecka
Anna Morawiecka: Jakiem jesteś człowiekiem? Piotr Borkowski: Trudne pytanie. Najtrudniej jest ocenić samego siebie. Lepiej, żeby to robili inni. Powiem tak: staram się być przyzwoitym człowiekiem. Co to znaczy? Niedawno osoba, która nie zna bardzo dobrze polskiego, zadała mi pytanie, co znaczy słowo przyzwoity? Przyzwoity, czyli szanujący prawo, odnoszący się zgodnie z dekalogiem do drugiego człowieka, pracujący nad sobą, wyciągający wnioski z błędów innych, żeby samemu ich nie popełnić…
Różnie o Tobie mówią, może dlatego, że od dziesięciu lat kierujesz Ośrodkiem Kultury i Sztuki. Mówią, że nie zawsze jesteś przyzwoity…
Tego nie wiem, trzeba byłoby podać jakieś przykłady. Oczywiście, jak to w życiu bywa, zawsze człowiek godzi się na jakieś ustępstwa… Myślę, że jestem człowiekiem kompromisu, dla mnie jest ważne załatwienie sprawy, a nie to, czy mam rację.
To ciekawe spojrzenie, ale czy na każdy kompromis jesteś w stanie pójść? Nie, są granice, których nie przekraczam, powiedziałbym, że jest to granica przyzwoitości połączona z bezpieczeństwem własnym i rodziny. Chociaż, jak powiedziałaś, z racji pełnionej funkcji będę pewno różnie postrzegany. Będę jednak zadowolony, jeśli liczba wrogów nie będzie większa niż liczba przyjaciół. Na razie, na szczęście, jak sądzę, tę równowagę udaje mi się utrzymać. Czy zdarzało się, że sam przed sobą musiałeś się przyznać, że taką granicę przekroczyłeś? Staram się być samokrytyczny. Zawsze, kiedy w grę wchodzi dobro drugiego człowieka, jeśli komuś dzieje się krzywda, a ja w tym uczestniczę, to mam wątpliwości, czy postąpiłem słusznie. Oczywiście zawsze mogę sobie wytłumaczyć, usprawiedliwić się, dlaczego tak się dzieje, ale nie jest to dla mnie komfortowa sytuacja. I zwykle mija jakiś czas, zanim się z tym pogodzę. To nie muszą oczywiście być jakieś wielkie sprawy, ale nawet te proste, choćby niezadowolenie drugiego człowieka, kiedy nie mogę mu pomóc, powoduje, że nie czuję się zbyt dobrze. Zawsze jednak staram się sprawy wyjaśniać. Oczywiście zdarzają się i takie sytuacje, że ktoś obrażony obraca się plecami i wychodzi. Trudno, trzeba to przyjąć. Myślę jednak, że nie ma niczego takiego, co nie dawałoby mi spać po nocach. Czasem mam poczucie, że mogłem podjąć inną decyzję, bardziej się postarać. Ale w życiu jest tak, że dokonujesz wyborów teraz, a karawana idzie dalej… Nie można powiedzieć, żebyś miał łatwe życie. Sam wychowywałeś dwóch synów… Tak się złożyło. Żona zmarła, kiedy jeden miał dwanaście, a drugi szesnaście lat. Jeśli umiera ktoś w młodym wieku i jest to osoba bliska, to zawsze nam się wydaje, że mogliśmy coś jeszcze dla niej zrobić. To właśnie w takich sytuacjach człowiek miewa poczucie winy, wrażenie że czegoś nie zrobił, coś zaniedbał. Ale to chyba bardzo ludzkie. W sytuacjach nieodwracalnych nie możemy już niczego zmienić, zrobić inaczej ani naprawić. Trudno jednak przez całe życie czynić sobie wyrzuty. Chociaż jak wracamy do tych wydarzeń, to zawsze powraca myśl, że były momenty, w których mogliśmy się uśmiechnąć, zamiast denerwować. Tak bardzo czujemy wtedy wagę życia i bezsensowność niektórych własnych zachowań. Oczywiście nie ja jeden jestem w takiej sytuacji, ale trzeba pamiętać, że żyć trzeba dalej i trzeba sobie radzić. Tylko dopóty, dopóki żyjemy jesteśmy w stanie jeszcze coś zmienić, naprawić, także samego siebie. Musiałem się nauczyć gotować. Przychodziło mi to jednak z trudem. Nie cierpię tego, ale nie było innego wyjścia. Dużo pomogła mi moja mama. Musiałem w tej naszej mniejszej rodzinie zorganizować życie na nowo. Myślę, że mam to już za sobą. Starszy syn się usamodzielnił, młodszy jest po studiach, zaczyna pracę. Czyli ta rodzicielska odpowiedzialność powoli ze mnie spada. Odpowiedzialność za wychowanie, za wprowadzenie dzieci w niełatwy przecież świat ludzi dorosłych. Całkiem nieźle Ci się to udało. Tym bardziej, że kiedy Twoja żona umarła, chłopcy byli w wieku dość trudnym. Nie ma łatwego wieku na śmierć matki. Myślę, że synowie byli już dobrze wychowani przez mamę (do Jej śmierci, to głównie ja zajmowałem się zdobywaniem pieniędzy, a żona zajmowała się dziećmi), że w okresie kiedy powinni dostać tę dawkę matczynego ciepła, zaznać miłości w pełnej rodzinie, Ona była z nimi. To mi bardzo później pomogło. Bardzo się wtedy bałem. Czułem tę ogromną odpowiedzialność i nie wiedziałem, czy sobie poradzę. Z jednej strony bunt przeciw śmierci, z drugiej ogromny ból – mój, chłopców i nasz wspólny. Oczywiście ten ich – czułem na sobie. Wyobrażając sobie, jak chłopcy muszą się czuć (choć trudno chyba dorosłemu człowiekowi wyobrazić sobie, co czują dzieci po śmierci matki), starałem się najbardziej jak mogłem. Chyba również dlatego, że Anioł Stróż nad nami czuwał, oni nie popadli w żadne nałogi, złe towarzystwo. Dzisiaj, kiedy na nich patrzę, jestem szczęśliwy. Nigdy Cię nie winili za śmierć matki? Wiele razy rozmawialiśmy na ten temat dlatego, że miałem poczucie winy. Jeśli nawet, to nigdy mi tego nie powiedzieli ani nie okazali. Wracałem do tematu wielokrotnie, żeby wszystko, co się o tym da powiedzieć, co jest niejasne, wytłumaczyć, a w sytuacjach trudnych, stresowych, żeby rodzina była dla nich ostoją. A sami się nie obwiniali? Pytam, choć nie wiem, czy zechcesz powiedzieć, jak zmarła Twoja żona. Nie musisz mówić. Cierpiała na depresję i niespodziewanie odeszła na zawsze. Myślę, że niezależnie od tego, czy ma się lat dwanaście, siedemdziesiąt, czy czterdzieści jak ja wtedy miałem, to zawsze w człowieku w takiej sytuacji rodzi się pytanie, czy nie mogłem temu zapobiec. Pewnie oni sami się nie oskarżali, ale na pewno zastanawiali się też, czy mogli coś zrobić, żeby do tego nie doszło. Jak wasze rozmowy na ten temat wyglądały? Nagle zawalił się nam świat. Jednak od początku się starałem, żeby jak najmniej zawalił się na nich. Było to oczywiście iluzoryczne, ale mówiłem, że jeśli już tak jest, to ja muszę na siebie wziąć najwięcej, a ich pomału przygotowywać do nowych realiów. Nie powiedziałem, że teraz to ty musisz to zrobić, a ty to. Siadaliśmy razem do stołu, a ja mówiłem, że muszę zrobić to a to, a ich pytałem, czy mi pomogą, bo trzeba przecież dalej żyć. I tak zacząłem chłopców angażować do wszystkich prac w domu. Potem to codzienne życie jakoś się nam poukładało. Ja gotowałem, a młodszy syn wyspecjalizował się w pieczeniu ciast. Starszy w sprzątaniu, wiele rzeczy robiliśmy wspólnie… Starałem się też stosować zasadę: nie rozmawiaj z dziećmi, kiedy ty masz czas, tylko miej czas dla dzieci, i kiedy one chcą z Tobą rozmawiać. Skąd się wzięła depresja twojej żony? … Tak po prostu, czy coś szczególnego się wydarzyło? Czy widziałeś jakieś sygnały tego jej stanu? Jak patrzę na to z perspektywy, to wydaje mi się, że mogłem coś widzieć. Była osobą bardzo wrażliwą, grała pięknie na pianinie, miała w sobie taką delikatność… Ale myślałem, że normalny dom, dzieci, ciepło rodzinne, miłość to coś, czego pragnęła, z czego była szczęśliwa… Myślę, że to coś musiało tkwić w Niej. Na takie rzeczy, jak sądzę, ma wpływ wiele czynników, m.in. to jak żyjemy jako dzieci, jakieś traumatyczne wydarzenia w życiu, które nas spotykają. Była w trakcie leczenia, a ja nigdy nie dostanę odpowiedzi na to pytanie. Sam nie wiem dlaczego. Zostawiła list? Nie. Była chora. Gdyby była zdrowa, nigdy by tego nie zrobiła. Ktoś, kto zetknął się w życiu z depresją wie, że są lepsze i gorsze okresy tej choroby. To był taki gorszy okres. Zawsze trudniej tym, którzy zostali. Choć mówi się, że czas leczy rany. Czas ran nie leczy. Czas powoduje tylko, że mniej pamiętamy i wtedy mniej boli. Nie jesteś jednak sam, udało Ci się ułożyć sobie życie, wychować dzieci… Spotkałem kogoś, kto mnie ujął i… To było już prawie pięć lat po śmierci żony. Tuż po tragedii i długo jeszcze potem myślałem, że już na zawsze zostanę sam. I tak chciałem. Wtedy uważałem, że jest tylko jedna miłość. Taka na całe życie. Oczywiście to nie jest tak, że przy obecnej mojej kobiecie zapomniałem o tym, co mnie spotkało, czy nie pamiętam o tych pięknych latach mojego życia, o matce moich dzieci… To we mnie zostanie na zawsze. Wydarzyło się jednak coś, co powiedziało mi, że warto żyć dalej. Uświadomiłem sobie wtedy, że życie jest jedno i jeśli los stawia na naszej drodze kogoś, kogo jesteśmy w stanie pokochać, jeszcze komuś dać coś z siebie dobrego, to myślę, że nie należy z tego rezygnować. Zastanawiam się tylko, czy ona nie boi się, że będziesz ją porównywał do zmarłej żony, że masz jej obraz na podobieństwo tamtej? Myślę, że To dla Was bardzo trudne, czy może się mylę?
Oczywiście masz trochę racji. Życie nie składa się tylko z samych dobrych stron, a takie porównania i strach przed nimi zawsze (nawet podświadomie) wychodzą z człowieka, szczególnie w sytuacjach stresowych. Zdajemy sobie jednak sprawę, że nie ma to najmniejszego sensu. Każdy człowiek jest inny. Jesteśmy złożeni z dwóch części. Każdy z nas ma w sobie tyle dobrego i tyle złego, ile ma. Człowiek powinien dążyć, by więcej było w nim dobra. Powinniśmy się o to starać. Jestem też przekonany, że kiedy na swojej drodze spotykamy drugiego człowieka i decydujemy się z nim żyć, to najczęściej jest tak, że jest on nam bliski. Chyba podświadomie mamy jakiś wzorzec, na podstawie którego wybieramy ludzi, z którymi chcemy być. Nie jestem psychologiem i nie chcę szukać tu żadnej analogii, ale wydaje mi się, że coś w tym jest. Jestem przekonany, że gdybym postawił obok siebie obie moje ukochane kobiety, to mimo że obie tak różne, są w jakimś sensie do siebie podobne. Ale z moją nową życiową partnerką nie jestem dlatego, żeby mi zastąpiła zmarła żonę, tylko dlatego, że ją pokochałem. A Twoi synowie? Akceptują inną kobietę przy Twoim boku? Tak. Są dorośli. Wiele na ten temat rozmawialiśmy. Wiedzą też, że nigdy nie miałem pomysłu, aby zastąpiła ich matkę. Boisz się o swoich synów? Czy jesteś pewien ich siły? Tego, że nie odziedziczyli po mamie skłonności do depresji, autodestrukcji? Na szczęście żadnego realnego zagrożenia nie widziałem. Natomiast strach jest zawsze. Nie jest to jednak uczucie dominujące. Mówiłem już, że zawsze starałem się z nimi dużo rozmawiać, przekonując ich, że zawsze warto żyć. Masz z nimi dobry kontakt? Mam nadzieję. Nie przychodzą do mnie tylko po pieniądze (śmiech), więc chyba nie jest źle. A Ty sam? Nigdy nie miałeś dość? Wielokrotnie. Zdarzało się, że dochodziłem do ściany i myślałem żeby może tak zostawić to wszystko… Na szczęście jednak, zawsze kiedy stawałem przed taką barierą, z którą ciężko było mi sobie poradzić, zjawiał się mój Anioł Stróż. Dobrze mieć takiego Anioła. Myślę sobie, że bez nich mielibyśmy małe szanse na przetrwanie… Chyba masz rację. Jak człowiek jest młody, to wydaje mu się, że wszystko od niego zależy. Potem już wie, że to nieprawda. Są rzeczy, które od nas nie zależą. Im szybciej do tego dojdziemy, tym lepiej dla nas. Nie wiem, czy jest to jakaś reguła, ale zauważyłem (dotyczy to zarówno życia prywatnego, jak i zawodowego), że kiedy mam problem i koniecznie chcę go rozwiązać, rozważam różne za i przeciw, a to nie idzie, to zostawiam to i zawsze pojawia się jakaś Siła Wyższa i sprawia, że jest dobrze, często lepiej niż sam to zaplanowałem, choć inaczej… Co jest dla ciebie ważne zawodowo i prywatnie? O czym marzysz? Nie mam wielkich marzeń związanych z życiem zawodowym. To, co robię sprawia mi satysfakcję, choć oczywiście nie jest idealne… Przed śmiercią żony miałem spokojną pracę w redakcji i nie myślałem o niczym innym. Potem wszystko się zmieniło. Chciałem coś zmienić w swoim życiu zawodowym, także z konieczności. Wziąłem udział w konkursie na dyrektora OKiS-u i za drugim podejściem wygrałem. Otworzyły się wówczas przede mną różne możliwości, pole do własnego rozwoju. Wcześniej o tym nie myślałem. Zmieniły się również finanse, co nie było bez znaczenia przy dwójce dorastających chłopaków. Jeśli chodzi o marzenia, hm… oczywiście, trzeba je mieć. Takim pierwszym były dzieci. Żeby były zadbane, ubrane, miały co jeść, mieszkały w normalnych warunkach, żeby się wykształciły i wyrosły na przyzwoitych ludzi. I najważniejsze, aby te lata, które spędziliśmy razem, dały im siłę, aby wejść w dorosłe życie. A teraz, marzę o tym, aby jak w piosence: leżeć pod gruszą na dowolnie wybranym boku i mieć to, co na świecie najświętsze, Święty spokój… A poważnie: marzę o domku w górach, który razem moją ukochaną próbujemy wybudować, aby w nim zamieszkać, być zdrowym i… długo żyć.
Piotr Borkowski – urodzony na Dolnym Śląsku. Szkołę podstawową i średnią skończył we Wrocławiu. Tu także studiował na Uniwersytecie Przyrodniczym. Ukończył również Dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim oraz Marketing i Zarządzanie na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu. Życie zawodowe rozpoczął jako nauczyciel w szkole. Pracował w redakcji miesięcznika ODRA na różnych stanowiskach, obecnie zastępcy redaktora naczelnego. Od 2002 roku, po wygranym konkursie, kieruje Ośrodkiem Kultury i Sztuki we Wrocławiu.
Komentarze użytkowników (0)
|
|
|