|
Mówi w rozmowie z Anną Morawiecką jeden z wrocławskich dziennikarzy
Anna Morawiecka: Jesteś alkoholikiem? Piotr: Tak, jestem alkoholikiem. Wolę jednak powiedzieć, że miałem problem z alkoholem. Chcę, żebyś mnie dobrze zrozumiała. Nie uciekam od nazywania siebie alkoholikiem, jednak w Polsce musi minąć sporo czasu, żeby ludzie mogli przyznać się do tego, że są alkoholikami. Dlaczego tak uważasz? Bo to słowo bardzo źle się kojarzy. Jeśli człowiek jest chory na cukrzycę, to się mu współczuje i mówi się o nim cukrzyk. Jeśli ktoś jest alkoholikiem, to mówi się i myśli o nim źle, bez odrobiny współczucia. Dlatego wszystkim, którzy mieli lub mają problemy z alkoholem, odradzam przyznawać się do tego publicznie, bo może spotkać ich wiele przykrości. Kurwa, łajdak i alkoholik to słowa, które wypowiada się na jednym oddechu… Profesor Osiatyński nie ma problemów z głośnym oświadczeniem, że jest alkoholikiem. On może sobie na to pozwolić. Jest postacią znaną, otacza się mądrymi ludźmi, jemu wierzą, że to choroba i tak dalej… Natomiast jeśli do alkoholizmu przyzna się prosty, szary człowiek, to połowa jego rodziny nie wierzy, że jest to choroba, druga myśli, że gdyby tylko chciał, to mógłby przestać pić, trzecia zaś sądzi, że znalazł sobie wytłumaczenie dla swoich bezeceństw. Walka z tym nałogiem nie jest prosta. W Stanach Zjednoczonych Bush przyznaje, że chodzi na mitingi AA i nie ma z tym problemów. Tam, jeśli ktoś się leczy, to jest doceniany, nagradzany, podawany jako przykład. U nas alkoholizmu nie traktuje się jak choroby, choć ma swój numer statystyczny. Tymczasem alkoholizm jest straszną, śmiertelną chorobą, a ci którzy podejmują z nią walkę, zasługują przynamniej na to, by ich docenić. Powiedz, jak się wpada w uzależnienie? Pamiętam Cię z czasów, kiedy nie było z Tobą dobrze, ale i Tobie chyba nie było dobrze. Alkoholikowi nigdy nie jest dobrze. Najczęściej jest człowiekiem bardzo nieszczęśliwym, pogubionym, nieradzącym sobie. Pamiętam, że na jednej z sesji terapeutycznych padło pytanie, dlaczego tu jesteśmy. Ktoś odpowiedział: bo nie potrafimy żyć… W alkoholizm się nie wpada. Alkoholik z takimi skłonnościami prawdopodobnie się rodzi, a to, co w życiu dzieje się wokół niego czasem sprawia, że ta wrodzona skłonność zamienia się w chorobę. Jej etiologia nie jest znana, ale jest to z całą pewnością choroba psychiki. Choroba niedojrzałości, nieradzenia sobie z pewnymi emocjami, nieumiejętność życia… Nie wiem, czy ja mam taki genotyp, czy takie predyspozycje. Nie wiem, dlaczego ja, a nie ty. Nie mam pojęcia. Oczywiście, wydarzenia z mojego wczesnego dzieciństwa mogły sprzyjać rozwojowi choroby. Pamiętam, że kiedyś zamknięty w szpitalu na detoksie (uwierz mi, nie jest to przyjemne miejsce) patrzyłem przez okno i myślałem: dlaczego tam po drugiej stronie żyją normalni ludzie, a ja jestem tutaj? Przecież nie chciałem tam być. Nikt w trakcie terapii nie powie ci, że chciał tam trafić! Nie ma nikogo takiego! A jednak musiał chcieć, skoro się tam znalazł. Nie. Skoro tam trafili, wygrali los na loterii. Dostali szansę. Wola nie ma tu nic do rzeczy. Jeśli komuś uda się trafić na terapię i uwierzyć, że jest chory, przyznać się do tego i zacząć pracować, to być może pokona chorobę. Bo nie wszyscy, którzy przeszli terapię, przestali pić, potem żyli długo i szczęśliwie. Nie mam pojęcia, dlaczego ja dostałem tę szansę, a nie któryś z moich nieżyjących już kolegów. Dziś, z perspektywy wielu lat, myślę, że to Pan Bóg wybiera. Pamiętam, że na pierwszej terapii w mojej grupie AA była pewna dziewczyna. Piękna, młoda, zawsze wystrojona, pachnąca dobrymi perfumami. Wydawało się, że sobie poradzi, tak bardzo tego chciała. Niestety. Zapiła i udusiła się własnymi wymiocinami. Dlaczego ja żyję, a ona umarła? Nie wiem. Nie wiem, nie wiem! Ja też przecież po terapii zapiłem, wróciłem do alkoholu, a jednak mnie się udało. Żyję! Ile miałeś lat, kiedy zacząłeś pić? Piętnaście, szesnaście. Żeby nadawać na takich samych falach co moi koledzy, musiałem się trochę wyluzować. Zacząłem więc eksperymenty z tabletkami uspokajającymi, winem… Potem zobaczyłem, że bez tych tabletek jest kiepsko i zachowywałem się jak każdy uzależniony: musiałem je mieć. Nawet nie brać, a mieć. Liczyłem i zastanawiałem się, jak skombinować następne. Bo ta tabletka przecięta na pół żyletką i popita winem dawała mi luz, humor, dowcip. To w pewnym momencie było moim wielkim odkryciem i tak funkcjonowałem przez kilka ładnych lat. A Twoja mama? Oczywiście nic nie wiedziała. Każdy uzależniony jest mistrzem udawania, mistyfikacji, kłamstwa. Potrafiłem się doskonale maskować, nikt nie miał prawa się dowiedzieć, nawet domyślać. Tak skończyłeś liceum, potem studia medyczne… Medycyna. Oczywiście nie byłem w stanie tych studiów skończyć. Byłem tak uzależniony, że mogłem sobie pomarzyć, ale nie miałem żadnych szans. Zrezygnowałem po trzecim roku, wymyślając teorię, że w życiu trzeba robić coś, co rzeczywiście się kocha i takie tam bajery… Ale tak naprawdę byłem człowiekiem niedojrzałym, nieodpowiedzialnym, w szponach nałogu. Nic nie miało prawa mi się udać. Ani małżeństwo, które na studiach zawarłem, ani same studia. Oczywiście taki mądry jestem dziś. Wtedy albo los był zły, albo rodzice, albo wszyscy dookoła. Tylko nie ja. Człowiek uzależniony ma bardzo duże tendencje do intelektualizowania, racjonalizowania, tłumaczenia siebie oczywiście. Tak było ze mną. Żona po czterech latach odeszła, a w pracy dla wszystkich stało się jasne, że dalej tak się nie da. Zawalałem i oszukiwałem, aż przyszedł moment, w którym nie byłem w stanie funkcjonować. Ani mi się pić nie chciało, ani żyć. Nic. Pustka. Przerażająca pustka, samotność. Obudziłem się kiedyś na podłodze i nie wiedziałem, czy to jest świt, czy to jest zmierzch… Cisza. Coś okropnego. Nie mogłem już nawet przyjmować alkoholu. Byłem nim przesiąknięty. Dotknąłem dna. I dobry Pan Bóg sprawił, że ktoś się nade mną pochylił, zaprowadził do psychiatry… Dostałem skierowanie do ośrodka odwykowego. Jeszcze z tym skierowaniem popijałem sobie nieźle, pokazywałem je i opowiadałem w knajpach, jaki to jestem nieszczęśliwy, aż trafiłem do ośrodka leczenia uzależnień. I tam odetchnąłem. Odetchnąłem. Choć nie chcę, żebyś podała moje nazwisko i nie chcę pokazać twarzy, to powiem ci, że jestem chyba pierwszym dziennikarzem, który poddał się terapii. Dlaczego nie chcesz? Anka, ludzie są okrutni. Bardzo okrutni. Pokazują cię palcami: popatrz, to ten alkoholik i klepią po plecach. Ale nie będą się z tobą przyjaźnić. Dla nich już zawsze będziesz kimś gorszym. Alkoholikiem. Może trzeba to przełamać? Na pewno! Ale ja jestem za mały. Nie dam rady. Możesz na okładkę dać moją odwróconą twarz. Napisać: Piotr, jeden z wrocławskich dziennikarzy. Możesz też napisać, że się boję. Zbyt wiele przeszedłem, spotkałem się z bezdusznością… Wiem, jest wiele osób, które mnie cenią, cieszą się, że mi się udało. Ale ja nie chcę być postrzegany jako alkoholik. Chcę funkcjonować jak normalny facet. Wiem, że jestem inny, ale to nie pomaga dziś w Polsce żyć. Raczej przeszkadza. I możesz to napisać. Musi minąć jeszcze ładnych parę lat, żeby ludzie uznali, że to choroba. Nie raz byłem świadkiem rozmów o alkoholikach. Moja sąsiadka o swoim bracie nie mówi inaczej niż ten bydlak. No tak, ale on pewnie wciąż pije i niejednokrotnie zachowuje się tak właśnie. Możemy się zastanowić, czy człowiek chory może być bydlakiem. On często, oczywiście, zachowuje się jak bydlę, jak świnia… i takie są objawy tej choroby. Ale mało kto myśli o nim jak o osobie chorej. Nie z własnej winy. Bo nie jest tak, że ktoś się zapisał na alkoholizm, że to hedonizm, życie przyjemne… To jest po prostu makabra, a nie przyjemność. Nikt nie chciał zachorować. Byłem na terapii z księżmi, prawnikami, lekarzami. Alkoholizm, jak każda choroba, nie wybiera. Nie ma lepszych i gorszych. Jak długo nie pijesz? Jedenaście lat. Uwierzyłem, że nie ma powrotu do alkoholu. Oczywiście, na początku myślałem, że jestem zupełnie innym alkoholikiem niż reszta i swoje próby miałem. Kończyły się bardzo, ale to bardzo źle. Teraz nie mam już żadnych złudzeń, że mogę sobie na przykład bezkarnie wypijać dwie lampki wina wieczorem. Owszem, mogę przez jakieś pół roku pewnie tak funkcjonować, ale to się zawsze kończy tragicznie. Mam to już za sobą. Poza tym, kto był na terapii, ma już – jak to się mówi – spieprzony komfort picia. Po Twojej pierwszej terapii lekarz powiedział, że nie ma gwarancji, że już nigdy nie będziesz pił, ale na pewno już nigdy nie będzie ci tak smakowało… No i tak jest… Zresztą, nigdy nie smakuje. Piłem, bo uważałem, że to ratunek. Ja po prostu nie umiałem żyć. Zostałem w dzieciństwie tak strasznie poobijany, że nie potrafiłem normalnie funkcjonować. To, co inni robili bez problemu, dla mnie było przeszkodą nie do pokonania. Wydawało mi się wtedy, że alkohol i leki powodują znikanie barier i znacznie lepiej wychodzi mi to, z czym nie daję sobie rady. Oczywiście, tylko przez chwilę, a potem równia pochyła. Ale dla tej jednej minuty ryzykowałem zjazd w dół. Staram się do tego nie wracać. Musiałem się odciąć od przeszłości. Zbyt dużo bardzo złych rzeczy przeszedłem w życiu i zwyczajnie nie chcę o nich myśleć. Wtedy gdy piłeś, czy wcześniej? Kiedy piłem. To są bardzo dramatyczne historie. Bolesne do tej pory. Nie próbuję ich wymazać z pamięci. Ich się nie da wymazać, ale nauczono mnie nie grzebać się w przeszłości, nie analizować, nie próbować zrozumieć, tylko iść do przodu. Przytrafiła mi się taka choroba, dostałem szansę jedną, drugą, dziękuję Bogu, że żyję, staram się, pilnuję. Wszystko!
Komentarze użytkowników (1)
|
|
|