|
Paweł Fluid Kutny w rozmowie z Anną Morawiecką Anna Morawiecka: Kiedy przed naszą rozmową czytałam Twój życiorys, w rubryce umiejętności napisano między innymi: akrobatyka, gra na gitarze, gra na pianinie/fortepianie, jazda konna, jazda na łyżwach, nurkowanie, wszelkiego rodzaju sporty wodne i gry zespołowe, śpiew, wspinaczka i cztery języki obce: niemiecki, francuski, rosyjski i angielski. Imponujące. Paweł Fluid Kutny: Boże, wpisałem, że znam tyle języków? Wiesz, jak to jest… Kiedy jadę do Anglii, to mówię po rosyjsku, jeśli wyjeżdżam do Rosji, to za nic nie mogę przypomnieć sobie rosyjskiego, natomiast świetnie mi idzie po francusku, we Francji rozmawiam po niemiecku, a w Niemczech po angielsku…  | Zdjęcie ze spektaklu Wampir we flakonie Stanisława Ignacego Witkiewicza. Fot. Maciej Urlich
|
To bardzo dobra metoda… Ale poważnie, gdybyś miał coś o sobie powiedzieć? Kurcze! To nie łatwe. Ale gdybym naprawdę musiał, to powiedziałbym o sobie poszukiwacz. Tak. Zawsze czegoś poszukuję. Najczęściej nie znajduję, oczywiście, ale zawsze poszukuję. A wiesz przynajmniej czego? Często tak, ale nie zawsze. Zawsze jednak poznaję coś nowego i dalej idę w nieznane. Jestem ciekawy świata. Jeśli jednak miałbym być wobec ciebie szczery, to powiedziałbym, że szukając, najwięcej znajduję pytań. I to chyba jest najwłaściwsza odpowiedź. Czasem nawet wydaje mi się, że znalazłem to, czego szukam, ale zaraz potem okazuje się, że było to kolejne duchowe przeżycie, które oczywiście w danym momencie otworzyło jakieś zamknięte bramy, ścieżki jeszcze nieodgadnione. I to na zawsze we mnie zostaje. Spotkałem kiedyś dawno niewidzianego kolegę z poznańskiego teatru, podszedł do mnie i powiedział: nie szukaj odpowiedzi na to, co widzisz, nie nazywaj tego, to po prostu jest w tobie… I tyle. To są momenty w życiu, kiedy przypomina mi się piosenka Turnaua: lecz pamiętaj, tak naprawdę nie dzieje się nic i nie stanie się nic – aż do końca. Czasem jednak dzieje się coś aż do końca. Czasem fizycznie, czasem psychicznie i niejednokrotnie, niestety, ten koniec bywa zaskakujący, niepożądany… Inaczej byłoby to za proste. No, na jakiejś płaszczyźnie na pewno tak. Ale nie na każdej… Spójrzmy realnie… No właśnie, gdzie jest ta realność, ta rzeczywistość? Oczywiście, pewne rzeczy realnie istnieją. Bo kończy się jakiś związek, wyprowadzasz się z mieszkania, wynajmujesz nowe, kończy się jakaś praca, zaczyna się inna… i tak dalej. Zaczyna się i kończy życie… No tak. Ale czy do końca? Czy jesteśmy tego pewni? Nie wiem, (śmiech) a ty? Też właściwie nie wiem… Życie jest pewną duchową drogą. I tyle. Patrząc w ten sposób, nie da się odpowiedzieć jednoznacznie. Co nie znaczy, że to zdanie o życiu i śmierci nie jest prawdziwe. Jest prawdziwe. Najlepiej to czuję, wychodząc na scenę. Czasami potrafię być tak prawdziwy, że aż boli. Czasami mi to nie wychodzi, oczywiście. To powiedz, kiedy postanowiłeś, że zostaniesz aktorem? Jak miałem pięć lat. Mój tato był kierowcą autobusu i czasami zabierał mnie ze sobą w trasę, żebym się w domu nie nudził, poza tym chciał pokazać mi kawałek świata. W czasie tych podróży dawał mi mikrofon, a ja śpiewałem, opowiadałem kawały (nie wiem, skąd ich wtedy tak wiele znałem). Zawsze miałem pełną salę, czyli pięćdziesiąt sześć osób na widowni (śmiech) i do dziś się zastanawiam, czy oni mieli mnie dość, czy nie… ale chyba było wesoło. A poważnie, to nie miałem wcale zamiaru zostać aktorem. Pochodzę raczej z rodziny robotniczej – ojciec kierowca, mama pracowała w biurze PKS i miała, co prawda, za sobą jakiś epizod w amatorskim teatrzyku, ale to wszystko. Kiedy patrzę po latach, to jeden z ważniejszych momentów był w drugiej klasie szkoły podstawowej. Pani weszła do klasy, popatrzyła na nas i pokazując na mnie powiedziała: ty wystąpisz na konkursie recytatorskim, a ja ledwie czytać i pisać umiałem. I tak się zaczęło. Można powiedzieć, powołanie… Bo tak trochę traktuję swój zawód. Pamiętam też historię z klasy siódmej. Podczas wakacji mieliśmy nauczyć się wiersza na pamięć albo przynajmniej umieć go porządnie przeczytać, a ja o tym zupełnie zapomniałem. Byłem kompletnie nieprzygotowany i oczywiście padło na mnie. Potwornie zdenerwowany wziąłem książkę, szybko przeleciałem tekst wzrokiem i zacząłem czytać. Starałem się myśleć tylko o tym, żeby nie było widać mojego nieprzygotowania. Kiedy skończyłem i podniosłem wzrok, zobaczyłem, że prawie cała kasa płakała. Byłem podobno bardzo wzruszający… (do dziś nie wiem, czy nie była to kwestia mutacji, którą właśnie przechodziłem), a pani nauczycielka wysłała mnie do jakiegoś domu kultury, żebym, jak powiedziała, rozwijał swój talent. Sam się więc nie pchałem (śmiech). Potem szkoła aktorska? Technikum handlowe. ? Nie, najpierw cukrzyca. Z powodu choroby w ostatniej klasie podstawówki miałem coś na kształt indywidualnego nauczania i po zdanych testach mogłem wybrać sobie dowolną szkołę. Wylądowałem w technikum handlowym. Trochę za sprawą mojego wujka poety, rodzinnego guru, który twierdził, że to jest przyszłość (musiał być poezją bardzo rozczarowany). I męczyłem się strasznie w tych okowach rachunkowości handlowej, ale i tak szedłem swoim torem. Jeździłem na różne festiwale, grałem w teatrze. W szkole byłem rzadkim gościem, przychodziłem na sprawdziany, zaliczałem je. Szkołę skończyłem ze średnią cztery ileś – więc nie było źle. Poszedłem na filozofię. Wróćmy jeszcze na chwilę do Twojej choroby. To się zaczęło jak miałem dziesięć lat. Trafiłem do szpitala i pierwsza diagnoza brzmiała: anemia, więc trzeba podać glukozę. Na szczęście pani doktor się zawahała i z jej podaniem postanowiła poczekać, aż będą wszystkie wyniki. Trwało to trochę, ale dużo później się śmiałem: sędziowie i ławnicy, czyli lekarka i pielęgniarki orzekli cukrzycę typu pierwszego z wynikiem 997 (bardzo wysoki cukier). Zaczął się okres szpitali i sanatoriów, walka z chorobą. Leki były wtedy zupełnie inne niż teraz, dostawałem zwierzęcą insulinę, nie do końca tolerowaną przez ludzki organizm. Po jakichś dwóch miesiącach udało się odprowadzić mnie do stanu, kiedy poziom cukru był w miarę normalny. Ale życie już normalne nie było? No nie. Zawsze musiałem bardzo uważać, mieć przy sobie insulinę, nie jeść za dużo słodyczy, trzymać dietę. Oczywiście były okresy buntu. Chciałem żyć jak każdy normalny chłopak w moim wieku. Czasami się udawało. Myślę jednak, że cukrzyca grała bardzo ważną rolę w moim życiu. Nie tylko dlatego, że jest to paskudna choroba, z którą trudno żyć. Zawsze wyzwalała we mnie chęć dorównywania innym. Czułem się gorszy, bo musiałem robić zastrzyki, być o określonej porze w domu i tak dalej. Starałem się to nadrobić inaczej. Zapisywałem się na zajęcia wszelkiego rodzaju kółek zainteresowań, zdałem do klasy sportowej, grałem w siatkówkę… Później teatr. Próbowałem życia na tyle, na ile mogłem. Wiedziałem, że nie potrwa to długo… Tym bardziej, że jak miałem dziesięć lat, lekarz powiedział: pan niedługo umrze. Do dziś słyszę te słowa. Choć wtedy jakoś dzielnie zniosłem wieść o cukrzycy. Lepiej niż moi rodzice, których starałem się pocieszyć. Opowiem ci o Szymonie, moim przyjacielu z sanatorium. Spędzaliśmy razem sporo czasu, graliśmy w pokera, kombinowaliśmy kanapki, bo wiecznie byliśmy głodni. On znacznie gorzej znosił świadomość choroby i już jako dziecko opowiadał, że jak będzie miał dość, to zrobi sobie złoty strzał i po kłopocie. Sam nigdy tak nie myślałem. Martwiłem się o niego. Mieszkaliśmy, niestety, na różnych końcach Polski i kontakt się urwał, ale mam nadzieję, że żyje. Ja z chorobą walczę do dziś. To jednocześnie mój wróg i przyjaciel. Przez cały czas cukrzyca zmuszała mnie do walki i łapania życia. Filozofia była takim kolejnym krokiem do innego świata. Studia były rewelacyjne. Spotkałem fantastycznych ludzi, świetnych profesorów, którzy mieli na mnie bardzo duży wpływ. Pamiętam, że z jednego z egzaminów na myślenie logiczne i abstrakcyjne dostałem jedynkę. Profesor, zwany Killerem, zawsze z takim osobnikiem rozmawiał, wziął mój test i pokazuje: tutaj zrobił pan tak, a powinno być tak, tu jest błąd, tu zły tok myślenia… Potem spojrzał na pracę jeszcze raz, chwilę się zastanowił i powiedział: hm!, tak nie myślałem, to ciekawe, że pan mógł tak pomyśleć… Po krótkiej dyskusji profesor zmienił zdanie i zaliczył mi test. To naprawdę było ciekawe doświadczenie. Uświadomiłem sobie, jak wiele zależeć może od spotkania i rozmowy z drugim człowiekiem. Pewnie gdyby profesor oceniał tylko na podstawie papieru, po pół roku wyleciałbym ze studiów, a tak, po roku mogłem sam zrezygnować i pójść za głosem serca, czyli do szkoły aktorskiej. Dostałem się za pierwszym razem i do Warszawy, i do Wrocławia. Wybrałem Wrocław. Zawsze uważałem jednak, że do szkoły teatralnej powinni zdawać ludzie, którzy mieli już za sobą jakieś doświadczenia, spróbowali innej drogi. Ty spróbowałeś i nie żałujesz swojego wyboru? Nie, w żadnym innym zawodzie nie przeżyłbym tylu wspaniałych wrażeń. Cieszę się również, że poszedłem drogą teatru, a nie seriali. Miałem takie propozycje jeszcze na studiach, ale dziekan jasno postawił sprawę, albo studia i teatr, albo Warszawa i telenowele. Wybrałem to pierwsze. Czasem tylko zazdroszczę kolegom grywającym w serialach, że są wolni od problemów finansowych. Ich brak daje sporo spokoju… Staram się jednak, aby ta zazdrość nie powodowała złego samopoczucia. Uważam, że to, co przeżyłem, ilu i jakich ludzi spotkałem w swoim życiu, zawdzięczam teatrowi, a każdy spektakl, nieprzerwanie od niemal dziesięciu lat, jest dla mnie duchowym przeżyciem… Porównałbym to do spotkania buddyjskiego, na którym we Wrocławiu sypano mandalę. Zachwycony byłem panującą tam uduchowioną atmosferą. Znalazłem się w jakimś magicznym kręgu i wtedy podeszła do mnie kobieta, która powiedziała, że koniecznie muszę przyjść, kiedy ta mandala będzie rozsypywana. Przyszedłem. Niesamowite przeżycie. Zupełnie jak spektakl. Czyli buduje się, tworzy „coś”, co nie ma fizycznego wymiaru, a jednak można to porównać do zabudowywania działki, a potem na końcu można to „coś” rozsypać, nie zburzyć, ale rozsypać, czyli uwolnić. I to jest najpiękniejsza nagroda, kiedy widzisz, jak ta wolność przenosi się na publiczność, tworzy atmosferę… Wolisz występować przed małą publicznością, czy lepiej się czujesz przed dużą? Przyzwyczaiłem się do grania kameralnego, ale oczywiście nie boję się dużych scen i przez kilka lat na takich występowałem. Na pewno są to innego rodzaju spotkania, ale też ciekawe. Dla zdrowia warto grać raz tak, a raz tak. Miałeś kiedyś poczucie, że stoisz na scenie, a publiczność Cię nie akceptuje? Pewnie, że tak. To jest straszne, kiedy rozpaczliwie próbujesz znaleźć jakąś płaszczyznę porozumienia i trafiasz w ścianę. I wiesz jednocześnie, że to twoja wina, bo nie ma w tobie gotowości na spotkanie z drugim człowiekiem. Bo jak jest ta gotowość, to rzadko bywa, żeby nie zaiskrzyło. Raz nie wyszedłem do oklasków. Byłem wściekły, że źle zagrałem, że nie dałem z siebie wszystkiego, postanowiłem nie pokazywać się publiczności. Siedziałem w garderobie i nie dałem się przekonać kolegom. Teraz myślę, że to głupie. Kiedyś graliśmy spektakl edukacyjny dla gimnazjalistów. Pełna aula młodych ludzi, scena poważnej rozmowy, a ja widzę kątem oka, że pasek wysunął mi się ze szlufki i sterczy pod bluzą. Kiedy tylko pomyślałem, jak to wygląda, sala ryknęła śmiechem. Przez pięć minut walczyłem z materią i przez te pięć minut młodzież wyła ze śmiechu. Kiedy byliśmy gotowi, a wszystko zostało pozapinane, musieliśmy czekać aż publiczność się wyklaszcze i wyśmieje. Wspominam to ze wzruszeniem. Nie często udaje się przez tak długi czas utrzymać uwagę i zmusić do śmiechu ponad pięćset osób… Teatr teatrem, sztuka sztuką, a życie pisze swoje scenariusze. Wracam do Twojej choroby i koncertu charytatywnego dla Ciebie. No tak. Cały czas podświadomie staram się unikać tego tematu, ale sytuacja rzeczywiście nie jest łatwa. Myślę, że teatr, ta moja pasja, zabrała mi trochę tej rzeczywistości. Sprawiła, że zapomniałem o swojej chorobie, a ona upomniała się o swoje prawa. Powikłania cukrzycowe dały mi się we znaki i sprawiają, że nie mogę robić tego, co ludzie zdrowi. Toczyłem więc nieustanną walkę. Zdając do szkoły aktorskiej, nie przyznałem się do tego, że choruję na cukrzycę. Wiedziałem, że jeśli się przyznam, to mnie nie przyjmą, a chciałem spełniać swoje marzenia. To „nieprzyznanie” sprawiło, że musiałem od siebie dużo więcej wymagać, bo bałem się, że ludzie się dowiedzą. Strach utrudniał też normalne życie. Kiedy na przykład po próbie wszyscy szli do knajpy, ja musiałem gdzieś w toalecie zrobić sobie zastrzyk, zmierzyć poziom cukru. Bardzo się tego wstydziłem. Na zajęciach też nie było łatwo. Bałem się na przykład, że mogę zemdleć, dlatego najadałem się okropnie, żeby mieć wyższy cukier, żeby nie doszło do hipoglikemii. Podejmowałem często trudne decyzje, czasem na pierwszym miejscu stawiając pasję, nie chorobę. Z cukrzycą można żyć wiele lat, ale cudów nie ma, w końcu powikłania dają o sobie znać. Zatem na to, co dzieje się ze mną teraz, wpływ miało wiele czynników. Jednym z nich jest zaniedbanie. I nie byłbym szczery, gdybym tego nie powiedział. Innym jest praca i stres. Mój przyjaciel, ksiądz, który również choruje na cukrzycę, jest w znacznie lepszej kondycji ode mnie. Ale on naprawdę dba o siebie i dobrze oswaja tę chorobę. To oczywiście jest również kwestia charakteru i temperamentu. Nigdy, ale to przenigdy, nie potrafiłbym usiedzieć na miejscu. Niektórzy tak mają. Godzę się z tym, że jestem tak skonstruowany, licząc się z rachunkiem, który może mi wystawić cukrzyca. Gdybym żył inaczej, dawno bym już umarł. Boisz się? Pewno, że się boję. Są chwile, kiedy bardzo się boję. Może na szczęście. Bo wiem jednocześnie, że strach niczego nie zmieni. Nie można wiecznie się bać. Trzeba walczyć. Muszę nauczyć się walczyć o siebie, wytłumaczyć samemu sobie, że prosić o pomoc nie jest wstydem, a zarabianie pieniędzy hańbą. Wiem też, że nie mogę już robić wszystkiego na maksa, nie mogę wypruwać żył, bo nie starczy mi sił, a nie oddam duszy diabłu. Może zacznę pisać? Co teraz musisz zrobić? Co jest Ci potrzebne, by w miarę normalnie żyć? Na pewno będę musiał uregulować trochę swój tryb życia, mniej od siebie wymagać. Na szczęście wyrosłem już chyba z etapu nieustannego udowadniania sobie i światu, że wszystko mogę i nie ma dla mnie przeszkód i ograniczeń. Żeby okiełznać cukrzycę, potrzebuję pompy insulinowej. Jest to urządzenie, które w jakiejś mierze zastępujące trzustkę, mówiąc w dużym uproszczeniu. Trzeba również umieć z niego korzystać, inaczej może zabić. Dlatego przechodzę teraz intensywne szkolenia funkcjonowania z maszyną. Lekarze mówią, że bez pompy bardzo trudno będzie mi uregulować poziom cukru. Mam już zmiany w organizmie (uszkodzone nerki, oko po operacji) i jeśli nie ustabilizuję cukrzycy, może być źle. Mój stan jest dość poważny, ale jeszcze nie beznadziejny… I tego będziemy się trzymać. Czemu mówią na Ciebie Fluid? To zaczęło się dawno. Znajomi twierdzili, że mam dobrą aurę, rozsiewam wokół siebie dobre fluidy. A kto rozsiewa dobre fluidy? Fluid oczywiście. I tak zostało. Nie wszyscy pamiętają, jak się nazywam naprawdę, dlatego często przedstawiam się: Paweł Fluid Kutny (śmiech).
Paweł Kutny – ur. 02.11.1979 r., czyli w zaduszki… – I jak mam zdmuchnąć te wszystkie świeczki? – powiedział jako 5-latek stojąc na cmentarzu… czyli poczucie humoru towarzyszy mu nawet w chwilach grozy:) Absolwent P.W.S.T we Wrocławiu. Człowiek teatru, pasjonat i kolekcjoner. Gdy miał 16 lat, zobaczył ponad 300 przedstawień, gdy miał 18 lat zagrał ponad 300 przedstawień, w liceum w prasie okrzyknięty nowosolskim de Niro… (skąd pochodzi). Współzałożyciel grupy amadeus w Zielonej Górze, Współtwórca teatru Terminus A Qvo w Nowej Soli. Współzałożyciel obecnie grupy artystycznej Ad Spectatores we Wrocławiu. Wszystko w myśl idei niech się dzieje.. nagrał 50 audiobooków (w tym wszystkie baśnie Andersena). Od 10. roku słodki cukierek, parafrazując diabetes mellitus, czyli cukrzyk w skrócie. W serialach też czasami grywa: Pierwsza miłość, Fala zbrodni i Klan.
Komentarze użytkowników (0)
|
|
|