header image
Start arrow Rozmowy arrow Aby zbawiać świat...
Aby zbawiać świat... Drukuj Wyślij znajomemu
15.08.2011.
 

…nie możesz się rozmieniać na drobne – mówi Anastazja Korczak w rozmowie z Anną Morawiecką

Anna Morawiecka: Skąd pomysł, żeby zająć się dziećmi z projektu Brave Kids?

Anastazja KorczakAnastazja Korczak: Najpierw pracowałam przy Brave Festiwalu. Mam jednak taką wadę, że nie potrafię pracować dla samego tylko zarabiania pieniędzy. Wszystko co robię musi być zgodne z tym, co uważam za ważne, w co wierzę. Moja praca musi być po prostu częścią mnie. Dlatego w pewnym momencie zaczęłam myśleć, jak Brave Festiwal i tradycyjne kultury przekładają się na moje środowisko, na moje życie, na to co robię na co dzień. Wymyśliłam wtedy New Brave. Miałam ideę, aby zacząć sprowadzać do Wrocławia młodych artystów, którzy szukają własnych korzeni, próbują zrozumieć skąd pochodzą. Niestety nie wyszło, ale nie ma tego złego… Idąc tym tropem, zaprosiłam z Ugandy grupę młodych ludzi, którzy pracują z dziećmi (New Brave Project from Uganda). Wymyśliłam wtedy, że warto iść tym tropem i szukać po świecie grup pracujących z dzieciakami. Tak w skrócie powstał pomysł Brave Kids. Myślę jednak, że tak naprawdę to ja potrzebowałam znaleźć własną drogę w tej pracy…

No dobrze, ale samo zaangażowanie w Brave to dlatego, że mama (Anna Zubrzycki – przyp. red.), że Grzegorz Bral, że teatr?

Nie. Wszystko zaczęło się do mojego pobytu w Irkucku na Syberii. Spotkałam się tam z współpracownicą Grzegorza – Anią Lewandowicz, która przyjechała w poszukiwaniu artystów na kolejny Brave. Ponieważ znam rosyjski, w naturalny sposób zostałam opiekunką jednej z grup. Pracowałam jako wolontariuszka. Spodobało mi się i zaczęłam coraz mocniej angażować się w ten projekt. Przy kolejnym festiwalu byłam już koordynatorem wolontariuszy, i tak dalej…

A do Irkucka co Cię wywiało?

Pojechałam tam na praktykę. Studiowałam język rosyjski na filologii słowiańskiej we Wrocławiu i miałam wrażenie, że jeśli nie wyjadę i nie zobaczę prawdziwego Rosjanina, to rzucę studia. Wzięłam mapę Rosji, zamknęłam oczy i palcem trafiłam właśnie na Irkuck. Napisałam projekt i wyjechałam, żeby pracować z dzieciakami. Uczyłam ich teatru ulicznego, ponadto w takiej ekologicznej organizacji Bajkalskaja Wołna, zajmowałam się pisaniem petycji, tłumaczeniem, uczeniem dzieci angielskiego. To było naprawdę ciekawe doświadczenie.

Długo tam byłaś?

Pół roku.

Powiedz w takim razie, skąd pomysł studiowania na filologii rosyjskiej. Jesteś wszak dzieckiem teatru – prawda?

Tak. Szczerze mówiąc, nie wiem. Długo się zastanawiałam na jakie studia pójść. Miałam doświadczenia z teatrem ulicznym, wspólnie z przyjaciółmi założyliśmy grupę teatralną Przestrzeń. Potem wyjechałam do Stanów na warsztaty w teatrze poszukującym Double Age i jak wróciłam z tych warsztatów, to wiedziałam, że na pewno nie chcę być aktorką. Długi był to proces, bo już od dziecka wszyscy zadawali mi pytania: a ty też będziesz aktorką? (zresztą już wtedy wiedziałam, że nie będę). Wiedziałam jednak, że chcę pracować z ludźmi i chcę podróżować. Ale po kolei. Do Wrocławia przyjechałyśmy razem z mamą z Gardzienic. Miałam wtedy piętnaście lat i nie bardzo wiedziałam co z sobą robić. Grzegorz Bral dał nam w teatrze Pieśń Kozła przestrzeń, w której wspólnie z grupą przyjaciół mogliśmy sobie ćwiczyć. No i ćwiczyliśmy teatr uliczny – żonglowanie ogniem. Bez ognia oczywiście… Żeby było śmiesznie, nikt z nas nie widział wtedy na żywo, jak to się robi. A jednak zostaliśmy przez znajomych zaproszeni do Norwegii, aby wziąć udział w festiwalu teatrów ulicznych. Długo trwały przygotowania, zrobiliśmy spektakl i pojechaliśmy. Okazało się, że w Norwegii są białe noce, więc nie mogliśmy tego naszego fire show pokazać. W miarę ciemno było tylko przez dwie godziny nad ranem i wtedy pokazaliśmy nasz spektakl i…. wygraliśmy ten festiwal. Na dodatek okazało się, że jesteśmy bardzo nowatorscy. To był pierwszy taki zastrzyk energii. Wróciliśmy do Wrocławia, dostaliśmy od miasta lokal i stworzyliśmy pięć sekcji, między innymi taneczną, szczudlarską, bębniarską. Romek Popłomyk dał nam pieniądze na strój, zrobiliśmy wielkiego smoka i paradę młodzieży na ulicach Wrocławia. Tam nauczyłam się pracować z ludźmi, to była dla mnie najlepsza szkoła, tam też zrozumiałam, że praca z dziećmi i młodzieżą ma sens, sama tego doświadczyłam… I tak wracamy do Brave Kids…

To kto tu komu więcej daje? Wy dzieciom, czy one wam?

Myślę, że korzysta każda ze stron. Ja na pewno. Widzę też, że jesteśmy potrzebni tym dzieciakom. Korzystają również rodziny, u których te dzieci mieszkają, wolontariusze… Cała sztuka w tym, żeby wszystko poukładać tak, aby ludzie byli sobie nawzajem potrzebni. Zdarzają się oczywiście wpadki.

 ?

Na przykład dwa lata temu przyjechała do Wrocławia grupa z Rwandy i chciała wygrać. Myśleli, że Brave Kids to konkurs. Dlatego na początku w ogóle nie byli zainteresowani tym, aby się czegoś nauczyć, aby uczyć inne dzieciaki. Potem na szczęście się to zmieniło.

Powiedz, skąd wzięła się pewność, że nie chcesz być aktorką? Jakieś zapędy artystyczne przecież masz?

Bo ja się strasznie denerwuję na scenie. Bardzo, bardzo tego nie lubię i za każdym razem sobie przysięgam, że nigdy już tam nie wejdę. W tym roku, przed przedstawieniem Brave Kids musiałam przejść specjalne szkolenie, żeby wyjść i powiedzieć kilka słów na zakończenie projektu. Nienawidzę tego. Bardzo długo zresztą nie wiedziałam, dlaczego jestem tak strasznie nieszczęśliwa. Bo oczywiście występowałam na scenie, już jako dziecko grałam w różnych spektaklach i za każdym razem nie sprawiało mi to żadnej przyjemności. W końcu uświadomiłam sobie, że po prostu tego nie lubię! Nie znoszę być na scenie i grać.

Wydawałoby się, że powinnaś to mieć we krwi. Może Twoje dzieci będą lubiły. Masz dzieci?

Na razie jeszcze nie. Ale bardzo chcę mieć.

Co robi Twój mąż?

Jest filmowcem.

A co jest Twoją pasją?

Gram w takim babskim zespole. Zespół nazywa się Mamatucada i na wielkich bębnach gramy brazylijską sambę. Jest nas dziesięć bab. Spotykamy się mniej więcej raz w tygodniu na próbach i gramy bardzo, bardzo głośno.

Tylko dla siebie?

Oczywiście, że nie. Ostatni koncert grałyśmy w jednym z klubów muzycznych, gramy też w knajpach, na placach czy na paradach. Odpoczywamy przy tym psychicznie. To ważne, szczególnie jak się bardzo intensywnie pracuje. Trzeba się zresetować, nie ma innej opcji… Uprawiam też jogę – to moja kolejna pasja. Oprócz tego bardzo lubię podróżować. W każdy weekend staram się gdzieś wyjechać, choćby blisko.

Robisz w tej chwili coś związanego z Twoim kierunkiem studiów?

Nie. Ale szykuję się do kolejnych. Zamierzam studiować pomoc humanitarną. Jest taki kierunek w Krakowie. Nie pamiętam dokładnie jak się nazywa, ale uczy diagnozować problemy, a także nowoczesnych form niesienia pomocy na świecie. Bardzo ciekawe. Mam nadzieję, że te studia pomogą mi uporządkować moją raczej intuicyjną wiedzę na ten temat.

Aby pomagać potrzebna Ci jest wiedza?

Wiele w życiu dobra dostałam i myślę, że w jakiś sposób trzeba to oddać.

Kiedyś usłyszałam, że największym przejawem egoizmu jest altruizm…

Na pewno tak trochę jest. Jeśli mam poczucie, że robię coś dobrego, to sama czuję się potrzebna i lepsza. Bardzo boję się bycia niepotrzebną. Myśl, że kiedyś mogę być nieprzydatna to jeden z moich życiowych strachów… Miałam taki okres w życiu, kiedy zastanawiałam się, kim będę, co powinnam robić i przerażanie mnie ogarniało, że tyle spraw pozaczynałam i nie będę miała siły ich pokończyć. W pewnym momencie doszłam jednak do wniosku, że robię to, co lubię i staram się robić to dobrze… Nie było to wymyślone. To znaczy nigdy nie pomagałam z wyrachowania i nigdy nie usiadłam i nie powiedziałam ani sobie, ani nikomu: o teraz to ja będę pomagać i zrobię to w ten, a nie inny sposób. Nie wiem z czego to wynika i na ile jest przypadkiem, na ile egoizmem, na ile wychowaniem.

Nie masz w takim razie poczucia beznadziejności? Bo przecież pogrzeby są olbrzymie, a nie ma możliwości pomóc wszystkim. Jak wybierać?

To straszne pytanie. Dlatego też wymyśliłam sobie te studia. Odczuwam fizyczny ból, kiedy widzę człowieka, który rozpaczliwie pomocy potrzebuje, a ja nie wiem jak mu pomóc. Mam świadomość, że studia nie dadzą mi jednoznacznej odpowiedzi, ale może mnie ukierunkują. Myślę, że Brave Kids jest też moją drogą do znalezienia odpowiedzi jak pomagać.

Mam wrażenie, że trzeba być strasznie twardym, żeby pomagać…

Mało tego. Trzeba sobie jasno powiedzieć: to robię, a tego nie i konsekwentnie się tego trzymać. Nie da się zbawić całego świata, a jak chcesz zbawić jego malutką część, to nie możesz rozmieniać się na drobne. Tak naprawdę nie wiem, czy dam radę.

Boisz się?

Ciemności (śmiech). Poważnie, to mam bardzo wiele strachów. Boję się ograniczenia, życia pod dyktando. Boję się własnego tchórzostwa, że nie będę miała na tyle odwagi cywilnej, żeby coś dźwignąć. Boję się, że nie podam dłoni upadającemu, że kiedyś się cofnę dla własnej wygody albo z egoizmu czy lenistwa. Czasem łapię się na tym, że mam ochotę się odwrócić, uciec i nie widzieć. Tego bardzo w sobie nie lubię. Robię wszystko żeby temu uczuciu wygodnictwa się nie poddać.

Zdarzyło Ci się na przykład zabrać bezdomnego do domu, nakarmić umyć, ubrać?

Nie. Ale zdarzało się, że pukał do mojego domu ktoś taki. Nigdy nie odmówiłam pomocy.

Pytam, bo pamiętam jak mój ojciec przyprowadzał do domu i biednych, i brudnych, pijanych…

Mnie się wydaje, że to nic nie pomoże, nic nie zmieni.

Temu konkretnemu człowiekowi chyba pomoże, chyba zmieni…

Tak? Wydaje mi się, że nie.

W danej chwili tak, może się umyć, zjeść, zagrzać…

Myślę tu jednak o dłuższej perspektywie.

Często jest jednak tak, że tacy ludzie tak naprawdę na stałe nie chcą niczego zmieniać. I nie wiem, czy trzeba zmieniać, uszczęśliwiać ich na siłę.

Zrobiłam ostatnio taki eksperyment. Jadłam obiad w barze i bardzo się śpieszyłam. Podchodzi do mnie człowiek, którego często tam widywałam i prosi, żeby dać mu na zupę. Powiedziałam: proszę pana, strasznie się śpieszę, a nie mam drobnych. Jak pan chce zupę, to proszę stanąć w kolejce, kupić sobie i oddać mi resztę. Oczywiście postał chwilę i zniknął. Nie zjadł zupy i nie oddał pieniędzy.

Miałam inne doświadczenie. Poprosił mnie kiedyś lekko podpity facet o pięć złotych na lekarstwa. Dałam mu dziesięć i powiedziałam, aby przyniósł resztę… Oczywiście nie wierzyłam, że wróci i jakież było moje zdumienie, gdy po chwili przyszedł, pokazał mi leki i oddał resztę. Bardzo byłam z siebie dumna…

Wychowałam się w Gardzienicach, które były mekką oryginałów: artystów, wśród których jest mnóstwo świrów i popaprańców, ale też aniołów. To moje otoczenie i wychowanie nauczyło mnie, że każdy ma swoją drogę i nie należy bez zaproszenia na nią wchodzić. Może dlatego sama nie zabieram biedaków do domu, ale jak pukają, to im otwieram.

Zacytuj na swojej witrynie Drukuj Wyślij znajomemu

Komentarze użytkowników (0) RSS z komentarzami

Nie komentowano

Dodaj komentarz!



mXcomment 1.0.7 © 2007-2012 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved
Powiązane artykuły